(Dedykuję pod rozwagę koleżankom i kolegom z Zielonej Góry)
W międzynarodowym konkursie Bollicine del Mondo 2009, który pod sam koniec zeszłego roku odbył się w Weronie (wyniki ogłoszono 12 stycznia) najwyższe wyróżnienie zdobyło wino Classic Cuvée 2003 z posiadłości Nyetimber w West Sussex. Jakby tego było mało, siódme w kolejności zdobytych punktów było inne wino angielskie: Pinot Noir Brut 2007 z winnicy Camel Valley w Kornwalii (które zdystansowało m.in. taką sławę, jak Roederer Millésime 2000), a miejsce dwunaste zdobyło kolejne wino z Nyetimber – Blanc de Blancs 2001. 
©www.wineanorak.com
Wspomniany konkurs – do którego dopuszczane są wyłącznie wina musujące produkowane metodą klasyczną – organizowany jest od dwóch lat przez włoski magazyn winiarski Euposia i odbywa się w słynnej werońskiej restauracji Antica Bottega del Vino i choć nie jest to wielka impreza, jednak zdobyła sobie ona już pewien prestiż. W tym roku międzynarodowe jury złożone z enologów, sommelierów i dziennikarzy oceniało 52 wina.
Tak wysokie oceny dla angielskich win musujących jakby nieco zaskoczyły winiarskich publicystów (miedzy innymi tu i tu), choć właściwie nie powinno to już budzić sensacji, gdyż wina te od lat regularnie przywożą medale z konkursów. Rok wcześniej, w poprzedniej edycji Bollicine del Mondo drugie miejsce zdobyło angielskie wino Pinot Noir Brut 2005 z Camel Valley, dając się wyprzedzić jedynie Brut Special Cuvée Bollingera (ale pokonując m.in. Brut Classic Deuza).
Ale to nie wszystko. Angielskie wina musujące zdobywały już wcześniej medale między innymi na International Wine Challenge, International Wine & Spirit Competition, Chardonnay du Monde, Vinalies Internationales, Decanter World Wine Awards, a także w najbardziej chyba prestiżowym konkursie win musujących Effervescents du Monde. Oprócz wspomnianych Nyetimber i Camel Valley do najbardziej utytułowanych producentów win musujących w Anglii należy winnica Ridgewiew w East Sussex.
Jakieś ćwierć wieku temu w Anglii zaczęto poważnie myśleć o produkcji win musujących i szybko okazało się, że jest to właściwa droga, gdyż niektóre z tych win w cuglach dołączyły do światowej czołówki. Dziś plantacje przeznaczone do produkcji win musujących zajmują tam – według statystyk – około 500 hektarów (czyli jakieś 40 procent wszystkich winnic), choć prawdopodobnie większość z tego stanowią młode nasadzenia, czekające dopiero na pierwszy plon. Cała produkcja angielskich „sparklerów” wciąż bowiem nie jest duża i w najlepszych latach ledwie zbliża się do miliona butelek (a to poziom produkcji porównywalny z jednym, niezbyt dużym „domem” szampańskim, albo średniej wielkości producentem cavy). Tym bardziej więc należy docenić tą mniej więcej setkę międzynarodowych medali i wyróżnień, które tym winom dostały się w ostatnich latach.
Zdecydowana większość ambitniejszych win musujących powstaje z tradycyjnych szczepów szampańskich, a pinot noir, chardonnay i meunier są dziś najczęściej sadzonymi odmianami w angielskich winnicach. Ale świetne wina robi się nawet z poczciwego seyvala, jak na przykład Cornvall Brut 2001 z Camel Valley, które w 2005 roku zdobyło złoty medal na International Wine Challenge (jako jedyne wino musujące spoza Szampanii!) Te szampańskie inklinacje angielskich winiarzy są poniekąd uzasadnione. Po pierwsze, południowo-wschodnia Anglia, pod względem klimatu, gleb, budowy geologicznej i topografii bardzo przypomina okolice Reims i Epernay, a po drugie – Anglicy od pokoleń kochają szampana (i jest to być może nawet istotniejszy powód).
Tak, czy inaczej, perspektywy angielskiego winiarstwa rysują się dość jasno – przyszłością są wina musujące.
Tagi: anglia, wina musujące, nyetimber, camel valley
skomentuj (0)
Dziś migawki z grudniowej wyprawy do Egeru, gdzie na zaproszenie tamtejszej gminy winiarskiej przygotowywaliśmy większy materiał o tym regionie, który już zaczyna ukazywać się w odcinkach na Vinisferze.

Wielki Eged w całej okazałości
Podczas tego wyjazdu, poza dziennikarską „rutyną”, jak odwiedziny u winiarzy i degustacje trafiła mi się szczególna gratka. Otóż mogłem przyjrzeć się bliżej legendarnej górze Eged, zwanej też Wielkim Egedem – czyli Nagy Eged – której południowe stoki przez wieki cieszyły się sławą najlepszej winnicy na Węgrzech, a nawet w całej środkowej Europie. Plantacje te, praktyczne opuszczone od czasów filoksery (nie licząc paru nieudanych prób ich odnowienia w zeszłym stuleciu) przywrócono do życia dopiero w ostatnich latach.

Widok z góry Eged
Przewodnikiem po słynnym zboczu był László Bukolyi, współwłaściciel winiarni Gróf Buttler, który ze wszystkich żyjących ma chyba największe doświadczenie w zmaganiach z tym niełatwym siedliskiem. Jemu pierwszemu bowiem udało się odkupić od państwa część nie uprawianych od ćwierć wieku działek i po dwóch latach uprzednich przygotowań, w 2003 roku obsadził on tam winoroślą całe 20 hektarów w górnej partii stoku zwanej Nádas (tam znajdują się najbardziej strome, kamieniste i suche parcele). Do dziś jest to największa winnica na zboczach Egedu, stanowiąca mniej więcej połowę wszystkich istniejących tam obecnie plantacji.

Górna część południowego zbocza Nagy Eged, zwana Nádas
Zyskałem więc pierwszorzędne źródło informacji o miejscu, które zajmowało mnie już od pewnego czasu i to z paru powodów:
Po pierwsze: jest to wybitnie wapienne, suche siedlisko, a ostatnio przydarzyło mi się pracować przy projektowaniu i zakładaniu winnic na wapiennych glebach (choćby na Bielanach i w Janowcu), więc chciałem co nieco podpatrzeć z tamtejszych doświadczeń. Tym bardziej, że prace przy rekonstrukcji winnic na zboczach Egedu bynajmniej nie szły gładko i popełniono tam parę błędów, miedzy innymi przy doborze podkładek, a także przy uprawie gleby, co spowodowało problemy z erozją. A wiadomo, że na błędach można się najwięcej nauczyć.

Wapienna rędzina
Podobnych perturbacji można się obawiać także w Janowcu, gdzie od kilku miesięcy próbujemy znaleźć jakiś sensowny sposób na to podatne na erozję zbocze. Wkrótce też trzeba będzie pomyśleć o dobraniu odpowiednich podkładek, które zniosą wysokie pH i okresowe przesychanie gleby, a przy tym wykażą się stosunkowo wysoką mrozoodpornością (zimy w przełomie Wisły potrafią być siarczyste).
Po drugie: jest to najwyżej położona winnica w środkowe Europie – około 320 do ponad 500 metrów n.p.m. – i sam ten fakt jest wielce zajmujący dla kogoś, kto ma do czynienia z uprawą winorośli na naszych szerokościach. Z powodu tej wysokości teoretycznie powinno to być miejsce stosunkowo chłodne, jednak warunki dojrzewania gron na tym zboczu są znacznie lepsze, niż w położonych znacznie niżej sąsiednich winnicach. I bynajmniej nie jest to wyłączną zasługą dobrej ekspozycji stoku i nasłonecznienia, gdyż te termiczne przewagi Egedu najsilniej występują w nocy i objawiają się między innymi wyższą, niż gdzie indziej koncentracją związków polifenolowych w skórkach winogron.

W górnej partii zbocza winnice przekraczają miejscami wysokość 500 metrów n.p.m.
Nie chcę tu wchodzić w zawiłości specyficznego mezoklimatu izolowanych wzgórz, nocnych inwersji, stref termicznych na zboczu i tym podobnych, ale miejsce to jest wskazówką, że być może także u nas możliwe będzie sadzenie winorośli na większych, niż dotąd wysokościach. W młodości naczytałem się czeskich i niemieckich podręczników uprawy winorośli i miałem mocno wbite do głowy, że w naszym klimacie dobre lokalizacje dla tej rośliny nie zdarzają się wyżej, niż 250–300 metrów n.p.m. Jeszcze niedawno szczerze odradzałem, gdy ktoś chciał założyć większą plantację powyżej tej granicy, potem jednak przekonałem się, że w niektórych przypadkach takie scholastyczne dogmaty biorą w łeb. Tak się zdarza na przykład w pagórkowatych rejonach Małopolski, gdzie cieple i bezpieczne od przymrozków miejsca spotyka się także na dość wysokich wzniesieniach, niekiedy nawet powyżej 400 metrów n.p.m.

Widok z Egedu na wulkaniczne przedgórza Gór Bukowych
Po trzecie wreszcie: kilka tamtejszych działek zrekonstruowano w bardzo tradycyjny sposób, z gęstymi nasadzeniami – nawet do 10 tysięcy krzewów na hektar – i winoroślami prowadzonymi nisko „na głowę” przy drewnianych palikach. Nie chodzi tu bynajmniej o wizualny efekt, choć taka winnica wygląda bardzo malowniczo, jak na starej rycinie. Przy pracochłonnej, ręcznej uprawie gleby na stromym zboczu po prostu opłaca się maksymalnie zagęścić krzewy, tak aby uzyskać jak najwyższy plon z hektara, nie tracąc przy tym jakości wina, bo przecież zachowuje się odpowiednio niski zbiór z jednego krzewu. Aż prosi się, żeby takie rozwiązanie zastosować w Janowcu (a także w innych miejscach w Polsce gdzie być może powstaną podobne winnice), więc chciwie podglądałem i podpytywałem o każdy szczegół, bo żaden współczesny podręcznik nie tłumaczy wystarczająco dokładnie, jak taką winnicę należy prowadzić.

Gęste nasadzenia kadarki

Krzewy kadarki prowadzone tradycyjnie „na głowę”
Uwieńczeniem tych terroirystyczych studiów była degustacja paru win z Nagy Eged, pochodzących z winiarni Gróf Buttler i Kovács Nimród:
Muscat lunel 2005 Nagy-Eged, Gróf Buttler (****)
(alkohol 16,5%, kwasowość 11 g/l, cukier resztkowy 12 g/l)
Bardzo skoncentrowane, pełne i potężne w strukturze, ale dobrze zrównoważone i świeże. Elegancki aromat z delikatną muszkatołową nutą, ładny jabłkowy owoc i przyjemna goryczka w posmaku.
Kadarka 2006 Nagy-Eged, Gróf Buttler (****)
(alkohol 13%, ekstrakt 33 g/l)
Znów dobra koncentracja i równowaga, ładny, świeży owoc, wiśnie, żurawina, zielony pieprz, fiołki. Charakterne, długie, nieco dzikie, bardzo egerskie w charakterze, ale jest też kwiatowa zwiewność.
Syrah 2006 Nagy-Eged, Gróf Buttler (****/*)
(alkohol 14,5%)
Zioła, korzenie, pieprz, dojrzała śliwka, czereśnie, leśne owoce, pieprz, ma siłę i koncentrację, ale też elegancję. Bardzo długie, mineralne, świeży żurawinowy posmak, dobra kwasowość i spory potencjał.
Egri Bikaver 2006 Nagy-Eged, Gróf Buttler (****/*)
(25% kadarka – 25% merlot – 30% cab.franc – 12% cab.sauv. – 8% syrah; alkohol 15%)
Bardzo złożone – porzeczki, żurawiny, maliny, leśne owoce, jest też lekka ziołowość, pieczona jagnięcina z rusztu, rozmaryn. Dobra koncentracja, pełny owoc, grafitowe garbniki, czysta, świeża końcówka, z ogromnym potencjałem.

Pinot noir Selection 2006 Nagy Eged, Gróf Buttler (*****)
Wino pochodzi z górnej, bardzo kamienistej części zbocza. Jasny, typowo „pinotowy” kolor. Wyraźne nuty zwierzęce w zapachu (stajenka, świeże udojone mleko), ale też świeże leśne owoce. W ustach świetnie zbudowane, charakterne, eleganckie, są poziomki, wiśnie i typowa egerska żurawina. Długa, świeża końcówka z lekko ziołowym posmakiem.
Kadarka Késői szüret 2005 Nagy-Eged, Gróf Buttler (*****)
(alkohol 9%, cukier resztkowy 245 g/l, kwasowość 10,8 g/l, ekstrakt 67 g/l)
To słodkie wino z przejrzałych gron odpowiada klasie tokajskiej aszúeszencii. Niezwykle bogate w aromacie: poziomki, żurawiny, fiołki, róże, jaśmin, smażona skórka pomarańczowa, suszone morele, bakalie, czekolada, czarna herbata, etc. etc. Świetnie zrównoważone, ma lekkość i świeżość, pomimo takiej dawki cukru, długie bez końca.
Kadarka Natúreszencia 2005 Nagy-Eged, Gróf Buttler (*****)
(cukier resztkowy 650 g/l, kwasowość 18 g/l)
Cała produkcja tego wina, raptem 6 litrów została rozlana do 30 małych buteleczek, ale dostaliśmy po kropelce. Zapach tak skoncentrowany, ze trudno go opisać – marmolada, miód bakalie i Bóg wie co jeszcze, trzeba by czekać tygodniami, żeby się otworzyło. W ustach konfitura z poziomek, ale też świeże mandarynki, żurawina i nuta ziołowa (zielona herbata?) Mimo tak niewiarygodnej słodyczy i koncentracji jest to wciąż wino pijalne, zadziwiająco świeże i niemal zwiewne (sic!), zrównoważone i kosmicznie długie.

László Bukolyi i jego esencja
Kékfrankos 2009 Nagy-Eged (próbka beczkowa), Kovács Nimród (****)
(alkohol 14%, kwasowość 8 g/l)
To dopiero półprodukt, ale wino już pokazuje dużą koncentrację, intensywność i świetny owoc (świeże wiśnie), długie, z dobrą kwasowością i wielkim potencjałem.
Syrah 2009 Nagy-Eged (próbka beczkowa), Kovács Nimród (****)
Skoncentrowane, śliwkowe, świetnie zbudowane, długie, na razie surowe, ale zapowiada się na wielkie wino.
Oceny win:
***** – wybitnie, wielkie, niezapomniane
**** – bardzo dobre, znakomite
*** – dobre, interesujące, godne zapamiętania
** – poprawne, przyzwoite, do picia na co dzień
* – słabe, nie polecam
/* – oznacza pół punktu (np. ***/* – to wino więcej, niż dobre)
Tagi: eger, terroir, nagy-eged
skomentuj (0)
Z poprzedniej notki umknęło mi jeszcze kilka win wystawionych na polskim stoisku, z którymi wprawdzie wcześniej już miałem przyjemność, lecz dotąd z nikim nie dzieliłem się tymi wrażeniami, a są tego warte. Winnica Poraj-Paczków pokazała kilka interesujących butelek, z nich szczególnie podobał mi się Johanniter 2008, wino zgrabnie poukładane, gruszkowo-cytrusowo-kwiatowe, z dobrym mineralnym kręgosłupem, było też apetyczne, jabłkowo-malinowe Rondo Rosé 2008. Z całej serii win przedstawionych przez uniwersytecką Winnicę Nad Dworskim Potokiem ponownie spróbowałem Biancę 2008, wino wciąż świeże, żywe, choć zyskujące już powoli smakowitą, jabłkową dojrzałość, a także solidnie zbudowany, mineralny Hibernal 2008, przed którym dopiero lata świetności. Spośród win z Winnicy Comte z ciekawością powróciłem do Ronda 2008, któremu tutaj zaledwie wieściłem dobrą przyszłość, a dziś jest to już pełne i harmonijne wino z dobrym owocem i sprężystą strukturą.
Na koniec jeszcze ogólniejsza refleksja. Cały ten polski występ na Enoexpo – mówię tu zarówno o konkursie, jak i targach – był ewidentnym sukcesem. Tym bardziej, że nie była to już impreza niszowa, subkulturowa, jak dotychczasowe konwenty, czy różnego rodzaju lokalne dni i święta winiarskie, na których nasi winiarze spotykali się tak naprawdę z garstką przyjaciół, przeważnie zdeklarowanych zwolenników polskiego wina. Zdecydowana większość tych, którzy spróbowali polskich win podczas pokonkursowej prezentacji, czy na naszym stoisku bynajmniej nie przyszła na te targi z ich powodu (a raczej dla win włoskich, niemieckich, węgierskich, gruzińskich, etc.), mimo tego ich reakcje były najczęściej bardzo, bardzo pozytywne.

Koniec długiego dnia, już po zamknięciu targów – polscy winiarze we własnym gronie
Trudno przecenić, jakie korzyści dla winiarzy płyną z takich spotkań i konfrontacji z prawdziwym rynkiem. Polskie winnice powoli wyrastają ponad zaściankowy poziom i niejedna z nich już dziś mogłaby powalczyć w środkowoeuropejskiej lidze. Niewiele więc już dadzą nam li tylko wewnątrzpodwórkowe porównania i nasze wina powinny bez kompleksów stawać obok dobrych i uznanych win europejskich, gdyż tylko wtedy zdopingujemy się do dalszej poprawy jakości. Dlatego na przyszłorocznym Enoexpo powinno się zameldować nie kilkunastu, ale co najmniej pół setki polskich winiarzy, jeśli tylko czują się oni na siłach pokazać swoje wina szerszej publiczności. Szkoda przecież nie skorzystać z takiej okazji, jaką jest możliwość darmowego wystawienia się na największej i najważniejszej imprezie winiarskiej w Polsce.
Tagi: targi, polskie wino, enoexpo
skomentuj (0)
Od środy do piątku trwały targi Enoexpo, o samej imprezie nie będę się rozpisywał, bo zrobili to już inni, a więc tu tylko parę słów o wcale udanej tam obecności naszych krajowych producentów. A stało się tak dzięki uprzejmości organizatorów, którzy umożliwili darmowy udział polskich win w konkursie winiarskim, jaki w tym roku po raz pierwszy towarzyszył tym targom, a także ich prezentację na stoisku oddanym, również bezpłatnie, do dyspozycji Vinisfery i Polskiego Instytutu Winorośli i Wina. Mogliśmy więc zaprosić naszych winiarzy do pokazania swoich win szerszej, targowej publiczności.
Marek Jarosz i Mariusz Kapczyński w roli konferansjerów
Już pierwszego dnia, wkrótce po otwarciu targów urządziliśmy krótką konferencję na temat kondycji polskiego winiarstwa, połączoną z prezentacją win wyróżnionych w konkursie. Potem, w ciągu trzech targowych dni można było te i inne polskie wina degustować na naszym stoisku E34. Frekwencja dopisała zarówno ze strony winiarzy-wystawców, jak i publiczności. Ze swoimi winami zaprezentowało się – osobiście lub per procura – ponad tuzin producentów, w tym niemal cała krajowa ścisła czołówka. Polskie stoisko należało do najbardziej oblężonych na targach, a odwiedzający którzy dotąd nie zetknęli się z naszymi winami (tacy stanowili zdecydowaną większość) byli przeważnie nielicho zaskoczeni ich dobrym poziomem. Bo też nie było się czego wstydzić i nawet na tle prezentowanej na targach oferty uznanych potęg winiarskich polskie wina nie wypadały wcale źle (co niejednokrotnie podkreślali odwiedzający nasze stoisko zagraniczni goście). Poza winami, które już wcześniej próbowałem, choćby tu, miałem także możność doświadczyć kilku nie znanych mi dotąd butelek (a to jest zawsze najprzyjemniejsze w tej całej degustacyjnej robocie).
Polskie wina konkursowe
A więc przede wszystkim parę win z Winnic Jaworek. Dopiero teraz mogłem bowiem spróbować tamtejszego Pinot Gris 2008 (wcześniej znałem je tylko w postaci fermentującego moszczu, degustowanego prosto z kadzi w październiku ‘08), które już zdobyło sobie entuzjastyczne recenzje, a teraz złoty medal na konkursie Enoexpo. Cóż, mogę tylko podpisać się pod zdaniem moich kolegów, że to naprawdę świetne wino. Podobały mi się także niedawno butelkowane wina czerwone. Urzekł mnie zwłaszcza zwiewny Pinot Noir 2008 o dość jasnej barwie, delikatnej beczce i burgundzkich nutach leśnych owoców i truskawek, dobrze wypadły także nieco bardziej beczkowe Acolon 2008 i Ciemny Burgund 2008 (pinot noir z dodatkiem frühburgundera, zweigelta i röslera). Wszystkie trzy są zinterpretowane z dużym umiarem i kulturą (zaledwie 10,5–11,5% alkoholu), niczego nie udają i mogą być przykładem indywidualnego stylu polskich win czerwonych. Szkoda tylko, że właśnie potwierdziła się plotka o odejściu z Winnic Jaworek autora tych win, enologa Piotra Stopczyńskiego.
Kultowe stoisko E34
Barbara i Marcin Płochoccy (szykujący się właśnie do rozpoczęcia oficjalnej sprzedaży wina) nalali mi spod lady świeżutki kupaż Seyval Blanc – Jutrzenka 2008, który ciągle jeszcze “przegryza” się w kadzi i czeka na zabutelkowanie. Moim zdaniem, to najlepsze w roczniku 2008 wino z tej czołowej polskiej winnicy, uwidaczniające najlepsze cechy obydwu odmian: dobry ekstrakt i mineralny kręgosłup seyvala (ok. 85% kupażu) oraz wyrazisty owoc i aromat jutrzenki (ok. 15%). Już dziś jest to wino świetnie zbudowane, dość pełne, złożone w aromacie (jabłka, agrest, liście porzeczki, kwiat dzikiego bzu, pokrzywa, etc.), kompletne i długie, a czas pewnie jeszcze popracuje na jego korzyść. Duże brawa.
Polscy winiarze oblężeni
Tagi: targi, polskie wino, enoexpo
skomentuj (0)
W ostatnim wydaniu Czasu Wina (nr 42) Wojciech Gogoliński pisze o Florianie Bilickim (ur. ok. 1880, zm. 1961), jednej z najważniejszych figur tokajskiej sceny pierwszej połowy XX wieku. W Polsce mało kto o nim wie, także dla Węgrów, którzy nieco lepiej go pamiętają, pozostaje Bilicki personą dość tajemniczą. Czekałem na ten artykuł niecierpliwie, gdyż Wojtek od paru już miesięcy tropił wszelkie zachowane na papierze i w ludzkiej pamięci strzępki informacji o tej postaci i w końcu złożył je w prawdziwie fascynującą opowieść. Jest ona głównie o tym, jak pewien młody człowiek z Kujaw dość przypadkowo trafił do miasteczka Abaújszántó i nie mając wcześniej nic wspólnego z winem stworzył jedną z pokaźniejszych fortun tokajskich swego czasu.

Ale plączą się tam również
inne wątki, rysujące zmierzch „starego” Tokaju, a więc holokaust i losy
żydowskich przyjaciół i sąsiadów Bilickiego, Zimmermannów i Flagmannów,
którzy od paru pokoleń tak wielką rolę odgrywali w tokajskim
winiarstwie i wreszcie rok 1945, kiedy to on sam stracił praktycznie
wszystko, co posiadał. Ten krótki artykuł, to właściwie tylko szkic,
jakby sprawozdanie ze żmudnego śledztwa, ale i tak jest to bodaj
najpełniejsza biografia Bilickiego, jaka dotąd ukazała się drukiem. Mam
jednak nadzieję, że autorowi starczy cierpliwości, aby zebrane przez
siebie rewelacyjne materiały i często wręcz sensacyjne tropy przekuć w
jakiś obszerniejszy tekst, temat bowiem wart jest książki. Lektura
obowiązkowa.

Florian Bilicki z krewnymi w swojej winnicy w Abaújszántó w latach 1930-tych. Widoczna na zdjęciu figurka maryjna, pod którą nasz bohater często siadywał doglądając winobrania istnieje do dzisiaj, podobnie jak dawne piwnice Bilickiego, należące obecnie do winnicy Pendits. © Czas Wina
Tagi: tokaj, florian bilicki
skomentuj (0)
Dopiero niedawno parę osób zarekomendowało mi stronę www.ustawawiniarska.pl, na którą wcześniej nie trafiłem, choć nie jest to rzecz całkiem nowa. Pomysł tak szerokiej, obywatelskiej akcji na rzecz zmiany przepisów winiarskich spodobał mi się nadzwyczajnie – duża promocja, zaangażowanie lokalnych władz i paru instytucji, liczne punkty zbierania podpisów... Aż poczułem ukłucie zazdrości, że to nie my za tym stoimy. Zaraz wydrukowałem parę egzemplarzy zamieszczonej na stronie listy, żeby obejść znajomych i wymusić od nich podpisy, bo jeśli nie rząd, nie posłowie, to tylko my, obywatele możemy zmienić prawo nieprzychylne drobnym winiarzom.
Kiedy jednak wczytywałem się w szczegóły, mój obywatelski entuzjazm powoli opadał. Najpierw zapragnąłem przeczytać projekt ustawy, pod którym miałbym się podpisać. Na stronie znalazłem propozycje zmian odpowiednich ustaw, w swoim meritum ze wszech miar godne poparcia, ale formalnie jest to dokument dość daleki od kryteriów projektu ustawy. To raczej, że tak powiem, dopiero półprodukt. A skoro autorzy już włożyli w to tyle pracy, czy nie warto było nad tym tekstem przysiąść jeszcze parę popołudni i zredagować go tak, jak pisze się projekty ustaw? Dokument taki powinien zawierać przede wszystkim tekst proponowanej ustawy w pełnym brzmieniu, a także uzasadnienie, zgodnie z art. 34 regulaminu sejmu (liczne przykłady takich projektów można podejrzeć na stronach sejmowych).
Powie ktoś, że to drobna niedoróbka i jeszcze zdąży się to poprawić. Nie całkiem, bo przecież rozpoczęto już akcję zbierania podpisów i o ile wiem, zaangażowało się w to sporo osób w całej Polsce. A więc setki, a może tysiące osób podpisują się dziś pod projektem ustawy, który wciąż nie istnieje, lub też, w najlepszym wypadku, leży w czyjejś szufladzie i dotąd nie został podany do publicznej wiadomości. W takiej sytuacji mogłoby się pod tym podpisać nawet pół Polski i poza niewątpliwym efektem medialnym nie będzie to miało żadnego formalnego skutku. Będzie można te listy z podpisami wyrzucić do kosza, gdyż zgodnie z art. 9 ust. 1 ustawy o wykonywaniu inicjatywy ustawodawczej przez obywateli „w miejscu zbierania podpisów obywateli musi być wyłożony do wglądu projekt ustawy”.
Aha, jeszcze jedno. Zgodnie z art. 5 wspomnianej ustawy, by taka akcja zbierania podpisów pod obywatelskim projektem zmian prawnych odniosła zamierzony skutek powinien ją prowadzić specjalnie w tym celu ukonstytuowany, co najmniej 15-osobowy komitet, spełniający pewne określone wymogi co do procedur powołania, nazwy, reprezentacji, etc. Na stronie tej inicjatywy nie ma ani słowa o żadnym komitecie, nikt nie występuje w jego imieniu, ani też nikt nie powołuje się na prawo do jego reprezentowania. No to co jest grane, nie ma komitetu, czy też jest, ale się głęboko utajnił? Wygląda na to, że nie dopełniono kolejnej formalności, w takim razie powinniśmy całą tą akcję potraktować już tylko jako kunsztowny happening.
Swoją drogą, to zadziwiające, że w działaniach które firmują władze samorządowe Zielonej Góry i osobiście prezydent miasta zdarzają się takie uchybienia formalne. Czyżby nie pracował tam żaden radca prawny? W innej sytuacji pewnie bym docenił klasę tak odważnej prowokacji artystycznej, mówię to bez ironii, ale obawiam się, że ta sfuszerowana akcja może rzucić nie najlepsze światło na całe środowisko polskich winiarzy, bo też wielu z nich, w dobrej wierze zaangażowało się w to całe przedsięwzięcie. To, że kompromitują się lokalni politycy, ani mnie ziębi, ani grzeje.
Tagi: polskie wino, prawo winiarskie
skomentuj (0)
Ostatnio znalazłem wreszcie nieco czasu, aby przeczytać parę książek odkładanych dotąd z powodu pilniejszych zajęć. Wśród nich znalazła się także Understanding vineyard soils autorstwa Roberta E. White'a (Oxford University Press 2009), która bodaj od wakacji leżała już na biurku jako wielce pilna lektura. White, to znany australijski gleboznawca, profesor uniwersytetu w Melbourne i autor paru klasycznych podręczników (m.in. tego i tego). Już przed wielu laty interesował się on, jak gleba i podłoże mogą wpływać na jakość i charakter wina, traktując to z początku jako hobby. Jednak pasja ta, wsparta ogromnym doświadczeniem zawodowym (nie tylko pracą naukową, ale także rozległą praktyką agronoma-doradcy prowadzoną w kilkunastu krajach) zaowocowała w końcu wydaniem dwóch poważnych książek.
Poprzednie dzieło White’a Soil for fine wines (Oxford University Press 2003), to bodaj pierwsza, tak rzetelna książka tłumacząca funkcjonowanie winogrodniczych terroirs, na tyle kompletna i przekonująca w swoich interpretacjach, aby można ją było stosować w praktyce winiarskiej. Wcześniej oczywiście ukazało się szereg ważnych artykułów na ten temat, poczynając od pionierskich prac Gérarda Seguina sprzed prawie czterdziestu lat, jednak objaśniały one zaledwie jakieś cząstki tego złożonego zagadnienia. White w kompetentny sposób skompilował tą rozproszoną wiedzę, zweryfikował według bieżącego stanu badań, uzupełnił i zinterpretował, tak że wyłonił się z tego w miarę całościowy, spójny obraz.

Nie da się tego powiedzieć o jakichkolwiek wcześniejszych próbach syntezy tego tematu, takich choćby jak głośna swego czasu książka Jamesa E. Wilsona Terroir. The role of geology, climate and culture in the making of French wines (Octopus Publishing 1998), którą ma na półce chyba każdy ambitniejszy winoman, albo z założenia popularyzatorska publikacja Jaquesa Fanet Les Terroirs du vin (Hachette Pratique 2001). Książka Wilsona, pomimo całego bogactwa użytych w niej materiałów źródłowych – w tym kapitalnych własnych badań geologicznych autora – w warstwie interpretacyjnej bywa miejscami rozczulająco naiwna i nieraz powtarza nie potwierdzone empirycznie mądrości ludowe zasłyszane u lokalnych winiarzy.
Można więc powiedzieć, że Soil for fine wines, to w pewnym sensie książka przełomowa dla zrozumienia istoty terroir, która jednak, poza kręgami profesjonalnymi nie zdobyła sobie większej popularności, prawdopodobnie ze względu na ścisły, naukowy język (i może niezbyt atrakcyjną szatę graficzną). Bo też nie każdy, kto ma nawet spore pojęcie o uprawie winorośli zrozumie, o co tak naprawdę chodzi w pojemności sorpcyjnej gleby (cation exchange capacity) albo co to jest stosunek molowy krzemu i glinu w koloidach glebowych (Si:Al mole ratio in clay minerals). A są to, jak dowodzą współczesne badania, parametry wcale nieobojętne dla potencjalnej jakości winogron i wina!

Wprawdzie Understanding vineyard soils w dużej mierze bazuje na materiale z tamtej książki, ale jest to dziełko znacznie lepiej przemyślane, dopracowane i czytelne. Tekst jest bardziej zwięzły (ok. 200 stron), choć wystarczająco szczegółowy nawet dla doświadczonych winogrodników, a jego układ jest bardziej przejrzysty, prawie podręcznikowy. Autor dedykuje tą książkę praktykom uprawy winorośli i jest to dobry adres. Ja natomiast polecam ją wszystkim dociekliwym winomanom, szczególnie tym, których interesuje wpływ siedliska, organika, biodynamika i tym podobne sprawy. Jest to bowiem sfera obrosła w wyjątkowo dużo nieporozumień, potocznych półprawd i powtarzanych bez zastanowienia mitów, których większość dziś już można dość łatwo rozszyfrować. I chyba wypada to zrobić.
Tagi: książki, terroir, uprawa winorośli
skomentuj (3)